Zamknij

BARBARA BIAŁOWĄS: "Najważniejsze to dać widzowi dwie godziny emocji"

14:31, 13.04.2020 | redakcja
Skomentuj foto.: Natalia Pluta
REKLAMA

BARBARA BIAŁOWĄS, reżyserka filmu pt. „365 dni”

 

Basiu, zanim rozpoczęła się twoja przygoda z filmem pt. „365 dni”, czytałaś książki Blanki Lipińskiej, słyszałaś o nich?

Nie znałam książek Blanki przed spotkaniem z producentem, który zaproponował mi współpracę przy projekcie. Po spotkaniu nabyłam książkę, zaczęłam czytać i zastanawiać się, jak można ją przekuć na język filmu. Książka jest dość obszerna, dużo się tam dzieje, więc od razu było wiadomo, że pewne rzeczy trzeba będzie wyrzucić.

A jak to się w ogóle stało, że pojawiłaś się w tym filmie jako reżyser?

To jest tak naprawdę pytanie do producenta. Z tego, co udało mi się ustalić, pytając, dlaczego zostałam wybrana do tego projektu, dowiedziałam się, że producent zaproponował mi tę współpracę znając mój wcześniejszy film – debiut pt. „Big Love”. Również dlatego, że w rankingach filmów erotycznych, czy, jak to się kiedyś mówiło, „z momentami” plasuje się bardzo wysoko. Jako film z mocnymi scenami, które się zapamiętuje. Też na pewno moja działalność przy Stowarzyszeniu Kobiet Filmowców była istotnym elementem w wyborze kobiety-reżyserki.  

Wspomniałaś o tym, że jesteś kobietą-reżyserką. Autorką jest kobieta. Wcześniej było bardzo dużo kobiet, które tworzyły bardziej feministyczne obrazy. Spotkałam się z opiniami, że książka i film promują kulturę gwałtu. Że to, co przedstawiają jest niekoniecznie kobiece. Jak ty – jako reżyserka-kobieta – się do tego odnosisz?

Już przy książce pojawiały się takie opinie. My staraliśmy się tę historię opowiedzieć przede wszystkim jak najbardziej filmowo. Nie chcieliśmy prowokować tego typu sytuacji. Po przeczytaniu książki, zderzając się z tego typu opiniami, zastanawiałam się, na czym polega fenomen jej sprzedawalności. Skoro jest taki zarzut, jak to się dzieje, że głównie kobiety kupują tę książkę i ją czytają? Wszystkie trzy części dostały nagrody Empiku za największą sprzedawalność bestselerów. Doszliśmy do wniosku – z moim współreżyserem Tomaszem Mandesem – że jest kryzys męskości. Socjolodzy i psycholodzy piszą o tym, że kobiety stają się bardzo silne. Tworzą wspólnotę, wspierają się, mają dużą społeczną siłę przebicia. Rola mężczyzn zaczyna się zmieniać. Zaczynają być osłabieni siłą kobiet. W książce Blanki silna postać jest symbolem tęsknoty za samcem alfa, który byłby jednocześnie czuły, męski, spełniałby kryteria dobrego kochanka, przyjaciela i partnera. Z tego wynika, że tęsknota gdzieś jest i Blanka swoją książką wypełniła niszę, fantazję czy jakiś sentyment.

Podczas jednego z wywiadów Blanka Lipińska powiedziała, że bardzo trudno współpracuje się z żyjącym autorem. Jak ta współpraca wyglądała z twojej perspektywy?

To jest trochę przewrotne zachowanie ze strony Blanki. Książka jest jej autorstwa. Są w niej, przynajmniej Blanka tak mówi, wątki autobiograficzne. Mamy do czynienia z osobą, która w takich bądź zbliżonych sytuacjach się znalazła, dlatego śmialiśmy się na planie, że ona ma nawiedzę. Czasami wizja artystyczna, w zderzeniu z wydarzeniami czy jej emocjonalną pamięcią, była punktem do dyskusji. Nie było konfliktów. Raczej kreatywne dyskusje, które prowadziły nas do dobrych rozwiązań artystycznych. Ja, Tomek i Blanka wiedzieliśmy, że gramy do jednej bramki. Wszelkie konflikty, które powodowałyby niekorzystne elementy dla filmu, tylko by przeszkadzały. Nie osiągnęlibyśmy celu, na którym nam wspólnie zależało. Każdy, kto chociaż raz był na jednym dniu zdjęciowym filmu, wie, że na planie brakuje czasu. Zbyt długo trwające kłótnie czy rozstrzyganie kwestii na bieżąco to jest taka strata czasu, że absolutnie nie może się wydarzyć. Większość rzeczy, które były dyskusyjne, rozstrzygnęło się w trakcie pisania scenariusza. Pisaliśmy go wspólnie. Jego głównym autorem jest Tomasz Klimala, ale Tomek Mandes, ja i Blanka współpracowaliśmy z reżyserem. Wszyscy pracowaliśmy nad strukturą i pomysłem, jak przekształcić książkę w film. Dlatego dyskusje zakończyliśmy wcześniej, na etapie teoretycznych rozmów.

Istniało też takie ryzyko, że dla osób, które czytały książkę, a myślę, że to jest większość widzek, film będzie okrojoną wersją tej historii. Oczywiście to zrozumiałe ze względu na ramy czasowe. Rozmawiałam też z osobami, które książki nie czytały, a oglądały film i mówiły mi, że ta opowieść jest spójna. Można wszystko po kolei sobie wywnioskować. Fabuła się klei. Udało się wam.

Każda adaptacja książki jest elementem odejmowania a nie dodawania. Struktura scenariusza musiała być elementem okrojenia książki, a równocześnie zachowaniem pewnej dramaturgii, trzymania w napięciu, opowiadania tej historii. Dlatego Blanka początkowo musiała zrozumieć jakim językiem posługujemy się my – filmowcy, a jakim literat. Przełożenie słowa na język filmu jest procesem, który trwa. Proces uczenia się przez żyjącą autorkę języka filmu dokonywał się wraz z postępującymi pracami nad filmem.

W filmie pojawia się sporo nowych aktorów Główne role są obsadzone przez Michela Morrone, o którym nikt wcześniej w Polsce nie słyszał i Annę Marię Seklucką, która jest debiutantką. Skąd pomysł, aby na ekranie pojawiły się właśnie nieznajome twarze?

Od początku mieliśmy takie założenie, żeby to były nieznane twarze. Żeby ta historia rzeczywiście przeniosła nas w inny świat. Żeby to nie była historia, którą poczujemy bardzo polsko. Żeby to była odrealniona bajka. Realizm poprzez twarze, które znamy z innych polskich produkcji, nie zafunkcjonowałby. Gdybyśmy znali główną aktorkę i głównego aktora z innych ról, tworzenie bajki dla dorosłych byłoby trudniejsze. Założenie było takie, żeby pokazać kogoś, kogo się w ogóle nie zna i dzięki temu stworzyć trochę „Pretty Woman”, trochę „Piękną i Bestię”. Posługiwaliśmy się skojarzeniami bajkowymi, nie do końca realistycznymi. Stąd pomysł, żeby pojawiły się nowe twarze, żeby zachować przeniesienie się widza w zupełnie inny świat.

 

Jeżeli chodzi o casting, na Laurę mieliśmy bardzo dużo aktorek. Nie mogłam spać, bo ciągle mi się wydawało, że jeśli nie znajdziemy odpowiedniej to cała ta historia runie. Za każdym razem wyobrażałam sobie, że te świetne aktorki, które przychodziły na castingi, są Laurą. Równocześnie wiedziałam z wcześniejszych doświadczeń, że jak się pojawia aktorka do danej roli to to się od razu wie. Czasami myślałam, że ta czy tamta pasuje, ale nie czułam tego w pełni. Gdy pojawiła się Anna Maria Sieklucka wszyscy poczuliśmy to samo w jednym momencie. Powiedzieliśmy do siebie: „To jest nasza Laura. Ona w końcu jest. Ona istnieje!” Od tego momentu spałam spokojnie, bo wiedziałam, że jeśli już jest Laura to znalezienie Massimo będzie łatwiejsze. Michele faktycznie został znaleziony już po Amie, czyli Annie Marii Siekluckiej. Gdy oni spotkali się pierwszy raz na castingu wydarzyła się magia. Zrozumieliśmy, że to są Laura i Massimo. Pasowali do siebie i bardzo szybko złapali ze sobą kontakt – ludzki oraz aktorski. Poczuliśmy, że szczęście nam niesamowicie sprzyja. Że oni są, z krwi i kości. Wtedy już inne rzeczy, związane z tym, aby historia nabrała kształtów i kolorów, wydały mi się nieskomplikowane.

To pytanie muszę zadać – jaki jest Massimo? A właściwie nie – jaki jest Michele?

No właśnie, bo Massimo to już wszyscy wiemy jaki jest. Jeśli chodzi o Michela, ja mogę powiedzieć jedno – on jest profesjonalistą. Gdy przyjechał na casting, czyli nie był pewien czy tę rolę dostanie czy nie, znał już całą na pamięć. Wszystkie dialogi, po angielsku. To było naprawdę zdumiewające, bo to się nie zdarza. Książka nie wyszła jeszcze w języku włoskim, więc prosił naszą tłumaczkę, żeby mu tłumaczyła poszczególne fragmenty, które były ważne dla budowania psychologii postaci. Jest sumienny, pracowity. Zawsze przygotowany, zawsze skupiony i kochający swój zawód. Aktorstwo jest dla niego ważnym elementem w życiu. Michele, mając takie warunki fizyczne jakie ma, jest aktorem, który przekracza swój wizerunek. We Włoszech zagrał role, które nie były wcale takimi, w których mógł stawiać tylko na wygląd zewnętrzny. Gdy go szukaliśmy oglądaliśmy fragmenty, w których nie emanował urodą, a właśnie bardzo dobrą grą aktorską. Profesjonalista.

A czy są jakieś historie albo anegdotki z planu, które zapadły ci w pamięć?

Z tym jest zawsze najgorzej. Plan zdjęciowy jest jak wojsko – mega dyscyplina, każdy wie, co ma robić i takich momentów, kiedy wydarzają się rzeczy nieprzewidywalne czy zabawne – wbrew pozorom – po prostu nie ma. To jest praca i każdy robi co do niego należy. Gdybym miała powiedzieć o niezwykłych sytuacjach dla mnie zawodowo, to świetnym doświadczeniem była praca na otwartym morzu. Było to dla mnie nowe przeżycie zawodowe. Nigdy niczego nie kręciłam na małej łódce, na kajaku ani na wodzie, a tutaj pojawił się wielki jacht i morze. Pogoda niesamowicie się zmieniała. Dopadła nas duża trąba powietrzna, a z nią sztorm. To były sytuacje nie anegdotyczne, a raczej dramatyczne. Przeżycia, które mocno mnie doświadczyły emocjonalnie. Te sceny są bardzo spektakularne w filmie, ale równie spektakularne było ich kręcenie. Ich logistyka od strony bezpieczeństwa aktorów i ekipy była olbrzymia.

Gdzie to kręciliście?

We Włoszech. Tam była kręcona większość zdjęć.

A jaka jest twoja ulubiona scena w filmie?

Bardzo lubię scenę erotyczną w łazience. Jest skromna i minimalistyczna. Nie ma super wnętrz, a najważniejsze są emocje między bohaterami. Ona ma też dobrą sinusoidę, Z obrażenia po balu przechodzimy do emocji związanych ze zbliżeniem między postaciami. Następnie, gdy już się wydaje, że jest pogodzenie, raptem Massimo mówiąc Laurze coś supermiłego – po raz pierwszy wyznaje jej miłość – równocześnie mówi, że musi ją odesłać do Polski. Widz rozumie, że robi to, by ją chronić, ale Laura czuje się odrzucona. Kiedy już zaczęli coś składać, znowu się coś psuje. Już chcą razem być, przestają walczyć, ale rzeczywistość przeszkadza im w realizacji miłości. Lubię tę scenę, bo ona jest bardzo prosta, ale dużo jest w niej skoków emocjonalnych.

A będzie ciąg dalszy tej historii?

Produkcja tego na razie nie potwierdza. Jest materiał książkowy – trzyczęściowy.

Pierwsza część się tak nie kończy, jak w filmie.

To jest element dramaturgii scenariusza, czyli naszej pracy filmowej, żeby historia była opowiedziana językiem filmu, a nie literatury. Dlatego zakończenie jest takie intrygujące.

Jeśli ktoś przeczytał książkę i obejrzał film już wie, że musi być druga część.

To jest ciekawa kwestia. W Polsce część ludzi przeczytała książkę i ogląda film z jej perspektywy. Ale ludzie z innego kraju – tylko oglądając – mogą mieć wrażenie, że historia się skończyła. Tworząc film braliśmy to pod uwagę. Zastanawialiśmy się, na ile autonomiczna jest pierwsza część w stosunku do ewentualnej kontynuacji. Sporo o tym dyskutowaliśmy z żyjącą autorką, produkcją i scenarzystą. Zakończenie filmu wywoływało gorące dyskusje. Długo się zastanawialiśmy, jak wyjść z sytuacji. Zaryzykowaliśmy takie zakończenie.

Nieważne czy komuś ten film się podobał czy nie. On bardzo prowokuje do dyskusji.

Taka jest nauka ze szkoły filmowej, że najgorzej jest zrobić film letni. Wtedy nie zdaje się egzaminu reżyserskiego. Najważniejsze jest to, aby dać widzowi dwie godziny emocji. Emocje są ważne. Nawet jeśli nie są pozytywne. Pobudzają do konfrontacji z innymi osobami. Pozwalają zderzyć opinie i zastanowić się, z czego wynikają. Dzięki nim można pogrzebać w sobie, swojej psychice. Dowiedzieć się, dlaczego inaczej postrzegany bohaterkę czy bohatera. Bardzo różne są analizy postaci. Dużo mówią o nas samych, samoświadomości i autorefleksji.

Z drugiej strony, to nie jest historia Kopciuszka. Przyzwyczajeni jesteśmy do historii, w których „szara myszka” spotyka swojego księcia na białym koniu i on odmienia jej życie. A Laura jest silną osobowością. Kobietą spełnioną zawodowo. Wie, czego chce.

Lubi wygrywać, bawi ją to. Potrafi manipulować.

Teraz kobiety są bardzo silne. Film odnosi się do tego, co dzieje się dzisiaj w społeczeństwie.

To są elementy dyskusji przed filmem. Alegorie, które są ukryte w filmie, przedyskutowaliśmy wcześniej. Cały czas zastanawialiśmy się nad fenomenem książki. Cały czas pojawiały się nam pytania, skąd jest taka jej sprzedawalność, jaki brak wypełnia. Mnie to niesamowicie fascynowało. Próbowałam znaleźć odpowiedź. Pomogły analizy socjologiczne. Obserwowałam też rynek filmowy. To, co ludzie lubią oglądać. Zaobserwowałam, że uciekanie w inne światy, niż nasza codzienność, jest teraz bardzo potrzebnym elementem. Życie przynosi różne wyzwania – lepsze i gorsze dni, natomiast oglądalność takich historii, jak: „Wiedźmin”, „Stranger Things” czy „Gra o tron” pokazuje, że jesteśmy bardzo nastawieni na to, żeby na czas seansu przenieść się w coś co jest od nas odległe, ale równocześnie znajdujemy tam uniwersalne wartości i nasze problemy, które nie są przełożone 1:1.

Rozmawiała ZUZANNA BOROWCZYK

(redakcja)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz